wiadomości z placu boju
RSS
czwartek, 17 maja 2012
Pęcherze.

Kończyny mi zmarzły, bo od ziemi ciągnie zimnem. Nie ma to jak w balerinach na bose nogi wracać z nocki. Ale to kara za głupotę i próżność własną.

Ponieważ... Wybrałam się ostatnio na osiedle, w celu pozbycia się większej ilości gotówki. Bo i rachunki trzeba było płacić i chemia domowa z lekka wyszła. Na baleriny było za chłodno ale odkryłam w czeluściach szafy pudełko z butami. Buty ładne, z paseczkiem, piękne i zdecydowanie mało używane, o czym świadczy fakt, że o nich zapominałam. Ciekawe dlaczego? Obułam się w owe cudeńka i ruszyłam w świat. Z powrotem do VII nieba już był kłopot. Klęłam pod nosem i syczałam z bólu. A po zdjęciu owych cudeniek, na piętach ujrzałam gigantyczne pęcherze! I już wiem dlaczego tak szybko wypadły mi z pamięci! Więc chce ktoś buty tortur w rozmiarze 41?

Fred pozbawiony wątpliwej jakości towarzystwa śpi. A jak nie śpi to prowadzi konsumpcję. Albo mordę nadziera. Czy kota da się zakneblować?

Poza tym nuda. Siedzę i próbuję pisać. Siedzę i gapię się w minimalną ilość materiałów. Siedzę i klnę na głupotę własną i niemoc twórczą. Siedzę i myślę o wszystkim, tylko nie o pisaniu. Siedzę... Jak widać, siedzenie najlepiej mi z tego wszystkiego wychodzi. Odsiedzin na tyłku się dorobię. Albo się ruszę w końcu, żeby materiałów więcej ściągnąć, żeby moje pisanie miało ręce i nogi. Byle nie z pęcherzami na piętach ;)

Wiem, wiem... Nudą z wpisu wieje. Jak się coś ruszy, to się uaktywnię bardziej. Na razie drżę na myśl o maratonie dyżurowym, jaki zafundowałam sobie w przyszłym tygodniu. Bo Biedronka rusza, chociaż na pół gwizdka. A dyżurów mnóstwo. Przeżyję. A co?!

08:13, annamariawozniak
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 maja 2012
Szkorbut.

Wydłubałam z Freda kolejnego kleszcza, posprzątałam mieszkanie, wstawiłam pralkę. Ogłaszam więc, że wróciłam do miasta na czas dłuższy. I nigdzie się ruszać stąd nie zamierzam.

Na wsi nadal rzepaki w rozkwicie, żyto się kłosi na Zimną Zośkę, dlatego zimno być musi, trawniki koszą albowiem trawa wybujała nad wyraz i z tego powodu MM płacze jak bóbr. Sezon kleszczowy można uznać oficjalnie za otwarty, chociaż coś mi się pokręciło i sądziłam, że gadzina dopiero za miesiąc się uaktywni. Nie sprezentowałam Fredowi środka anty- kleszczowego i wieczorami wyciągałam z mozołem obrzydlistwo, ku niezadowoleniu futrzaka, a ku uciesze rodziny własnej.

70- te urodziny Ciotki Nestorki przebiegły sprawnie i bez sensacji. Bałam się czy MM przeżyje owo ,,mocne uderzenie", trochę bezpodstawnie, bo po pierwsze dzielny jest, a po drugie- moja kuzynka przyjechała ze swoim chłopakiem, więc uwaga zgromadzonych rozproszyła się po wszystkich, żeby ostatecznie skupić się na płaczących i ,,dzikich" dzieciach kuzyna.

Miałam dzisiaj zabrać się do kolejnego podejścia do pisania magisterki, ale najpierw trzeba odbębnić pogadankę oddziałową w temacie ,,higiena ogólna na bloku operacyjnym". W skrócie mogłabym napisać, że ,, myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny" ale tak łatwo nie jest. Mam jakieś śmieszne materiały, więc powinnam coś sklecić naprędce.

A jeszcze z  opowieści domowych, niekoniecznie imprezowych taka historyjka :)

W sobotę od rana Ociec pojechał do pracy. Wrócił przed 12-tą z bonusem w postaci reklamówki z kośćmi dla psa. Pobiegł na  podwórze, do psiego kojca i wrzucił Miśce parę kości do obgryzania. Spojrzał, że kurnik otwarty, wsadził reklamówkę do środka, drzwi zamknął na skobel i przyszedł do domu. Usiadł w kuchni przy stole, zabrał się za herbatę, chwilę się zastanowił i pyta: gdzie jest Mamita? Powiedziałam, że nie wiem. Była na podwórzu, więc może do kur zajrzała. Zerwał się jak oparzony i pobiegł na dwór, bo go natchnęło, że mógł ją w kurniku zamknąć!

Mamita odnalazła się szybko, bo zagadała się z sąsiadką, z drugiej strony domu. I rozpoczęła się rozmowa o tym, że Ociec się wystraszył, że Mamitę w kurniku zamknął, a tu na imprezę urodzinową Ciotki szykować się trzeba itp.

Ociec:- a my tam byśmy pojechali, frykasy jedli, a Ty co?

Mamita:- usiadłabym na wiaderku i namoczony chleb dla kur bym miała do jedzenia.

Ociec:- no i pokrzywy dla kaczek... W sumie pokrzywy byś mogła jeść, przynajmniej szkorbutu byś nie miała.

Przemyślał chwilę ostatnią wypowiedź i mówi:

Ociec:- A nie! Szkorbut Ci raczej już nie grozi!

Albowiem Mamita moja, tak samo jak Ociec od jakiegoś czasu jest posiadaczką tzw. ,,trzecich" zębów.

Dobra. Szkorbut nie szkorbut, do pisania o higienie czas zasiąść, bo zaraz HPV mnie dopadnie i zniknę dla świata przywalona ilością materiałów. I pranie czas wywiesić na suszaka.

p.s. Spacja naprawiona!!! MM z bratem własnym rozłożyli mojego laptopa, podłubali w nim i działa! Tylko przyzywyczaić się nie mogę jeszcze.

10:54, annamariawozniak
Link Komentarze (3) »
wtorek, 08 maja 2012
Co w trawie piszczy? ;)

Zieleń rozbuchana zapanowała wszędzie, mlecze w upale przekwitły w tempie błyskawicznym, a na trawnikach około blokowych trawa po sam pas zaraz wyrośnie. Nieomylny to znak, że wróciłam do miasta. Co prawda bezfredowo, bo wracam do Rodzicieli w sobotę. Pozamieniałam się grafikowo, żeby móc do nich pojechać, albowiem najstarsza siostra mamitowa urodzinową imprezę huczną urządza. Trzeba będzie się odstawić i przypomnieć sobie kindersztubę.

Czego zapomniałam? Farby do włosów i tabletek na rozszalałe serce. Całkiem nieźle jak na moją zapominalską głowę :)

Na wsi zaś... Rzepak kwitnie na potęgę, przydomowy ogródek zarasta koperkiem, podwórzowy kogut zdziera gardło od 3.00 i za to kurzy harem nie odstępuje go na krok, zaś pies Rodzicieli nie darzy domowego stadka miłością z powodu napadu drobiowego gangu na psią miskę. A! I przybyło 10 kaczuszek, które Mamita hołubi niczym własne dzieci. Nie zapominajmy o tym, że kwitną bzy i konwalie!

Wyspałam się w wygodnym łóżku, pod puszystą pierzynką, zasłuchana w deszcz. Zrobiłam kilometrówkę niczym Korzeniowski po drogach i bezdrożach, tenisówki uwalałam błotem i wąchałam świat. Pożarły mnie komary i meszki. W piątek próbowałam zaprzyjaźnić się z wujowymi końmi, stanowczo odmawiając jazdy na oklep ( jakoś dodatkowego rusztowania pod końskim brzuchem nie zauważyłam), w sobotę u Braciaków graliśmy w karcianą grę, a w niedzielę trzeba było wracać szybciej, żeby uniknąć fali powrotów.

Dodatkową atrakcją, dla wszystkich, był fakt, że zabrałam ze sobą MM, który niczym wytrawny turysta obfotografowywał wszystko! Rozpadające się trybuny wiejskiego stadionu, kościół parafialny pod wezwaniem św. Katarzyny ( pewnie Mamita będzie Księdza uspokajać, że nie, to nie ewentualny włamywacz), całe wiejskie zoo zostało również uwiecznione. Panie ze sklepu orzekły, że: ,, Ani chłopak jest wysoki, przystojny, tylko taaaaki chudy!" Obśmialiśmy się z tego. W ten sposób stałam się wiejską sensacją, bo prowadzam się z facetem.

Od Braciaków dostałam stary- nowy telefon, który nie przypomina już kalkulatora, za to się rozsuwa, ładne dzwonki ma i całe mnóstwo innych funkcji, co do których nie mam pewności do czego służą.

Zaś z ciekawostek... Wczoraj, podczas dyżuru w jednostce macierzystej, zadzwoniła do mnie podekscytowana koleżanka biedronkowa. I mówi mi, że w jednej z prywatnych klinik potrzebują instrumentariuszki w celu podawania narzędzi przy operacji powiększania piersi. I płacą od razu, na rękę. I że to na teraz, zaraz, natychmiast! Zatrudniona u nich osoba zachorowała nagle , a zabieg wykonać trzeba. Odparłam, że przepraszam ale jestem właśnie na dniówce. I zaczęłam zastanawiać się, czy jakby ktoś tak z ulicy wszedł, to czy by go do stołu dopuścili?

Wiadomość z ostatniej chwili. Skarbówka mnie ściga! Nie podpisałam się na formularzu ZAP-3! Ale już się doinformowałam u przemiłej pani, że dosłać mogę sam druk, odpowiednio podpisany i z nr pesel zamiast nr NIP-u. Osiwieję kiedyś! No kto wymyślił podatki i głupie formularze!

Idę dopić kawę i zabrać się za życie. Zaś muzycznie... Cóż... :)

09:59, annamariawozniak
Link Komentarze (10) »
środa, 02 maja 2012
Fred i mucha (nie Anna).

Heh... Spokojny, cichy wieczór. Herbata brzoskwiniowa w stylu ice tea made in Biedronka, laptop, tv cicho szemrzące... Jutro dniówka, a po niej wyjazd na wieś. Wystawiłam już transporter, co by Fred przyzwyczajał się do jego widoku.

Z Fredem to w ogóle dziwna sprawa. Wczoraj przeżyłam bowiem wieczór nawoływań, a kot mój (?- bo czy koty są tak na prawdę nasze?) ganiał za muchą, która nieopatrznie zagościła w VII niebie. Biegał jak oszalały, miałczał, kląskał dziwacznie, aż w końcu mucha usiadła w kącie na suficie. I futrzak stał się jak żona Lota. Skamieniały, z łbem zadartym w górę, hipnotycznie wpatrując się w odpoczywającego owada. Po dłuższym czasie zaczął wydawać z siebie dźwięki opętańcze, wabiąco- przywołujące, a mucha? Cóż... ogłuchła niczym w jednym z dowcipów ,,z brodą". Zastanawiałam się nawet przez chwilę, czy nie zacząć go podrzucać w kierunku sufitu. Potem doszłam do wniosku, że jak miotłą machnę, to zmobilizuję ją do niższych lotów, co przyczyni się do uszczęśliwienia zwierzęcia futerkowego. Złapałam więc za miotłę i ruszyłam w kierunku muchy. Zmieniła miejsce sufitowania. Fred się przesiadł. Po wkurzająco nudnej obserwacji kota, który obserwował muchę doszłam do wniosku jedynego i słusznego. Zgasiłam światło. I poszliśmy spać.

Tyle z kocio- muszych opowieści. Poza tym urlop dostałam, bo w piątek plan mały, do Rodzicieli najpierw się dodzwonić nie mogłam, mimo, że bombardowałam ich telefonami przez dobrą godzinę- w pracy mało pracy było, więc lekki luksusik rozmowy telefonicznej poczułam, kiedy Mamita łaskawie raczyła odebrać.

Spakowałam się, biegając niczym bezgłowy kurczak po mieszkaniu. Ciekawe czego tym razem zapomnę wziąć.

I jak myślicie? Surfinia po przejściach- MM ją w siatce mlekami przygniótł, wytrzyma 3 dni bez regularnego podlewania? Tylko facet potrafi tak zmaltretować kwiatka :D ale to prezent od niego, więc trzeba się zająć nim odpowiednio.

Dobra. Uciekam spać, bo jutro pobudka o 5.00 i długi dzień przede mną!

22:55, annamariawozniak
Link Komentarze (4) »
wtorek, 01 maja 2012
O przedsionku piekła.

Puste ulice, w autobusie jak w taksówce, można sobie miejsca wybierać, cisza, spokój i tylko nieodmienne rundy psich spacerków obserwuję przez okno. Znaczy się naród świętuje Wielką Majówkę! A raczej, kto świętuje- ten świętuje, a kto pracuje- temu źle.

Znajomi z FB chwalą się zdjęciami z grilla oraz wypraw dalszych lub bliższych, a mnie w żołądku aż ściska z zazdrości. Bo już od piątkowego popołudnia ruszyli wszyscy, gromadnie na łona przyrody, w miasto ,,za pół ceny" i inne hece wyczyniają, a człowiek kisi się w szpitalnych murach. Ale nie tylko ja tak mam. Ja niejako w luksusie, bo sale klimatyzowane, przez co kicham jak oszalała i smarki z nosa lecą (bleee), a panowie drogowcy, ulicę uprzednio zamknąwszy asfalt kładą. W związku z czym, na weekendowych dniówkach czułam się jakbym trafiła do przedsionka piekła. Bo o ile na salach klima zamontowana, to już w dyżurkach nie. A okna dyżurkowe na południe wychodzą. Więc upał w nich potężny, zważywszy na słoneczną i gorącą pogodę na zewnątrz. Jak dorzuci się do tego zapach smoły wylewanej na jezdnię, to skojarzenie nasuwa się samo.

Wczoraj, przednockowo zadzwoniła do mnie Oddziałowa z jednostki macierzystej z hasłem, że w środę tylko jedna sala pracuje, więc może na krótki dyżur bym sobie urlop wzięła? A kij jej w oko! To ogólnie najłagodniejsze z ,,życzeń" jakie rzuciłam pod jej adresem. Jeśli by zaproponowała wolne na krótko- dyżurowy piątek, to owszem. Zastanowiła bym się. Ale na jutro? Ani transportu nie mam do Rodzicieli, ani planów towarzyskich, bo wszyscy pojechaliiiii! I co mam niby robić? Umierać z upału w VII niebie? I jeszcze urlopem szafować? O nie!

W obecnym czasie, przy obecnych temperaturach, ulubionym miejscem przebywania futrzaka jest łazienka. Bo najchłodniej. A ulubionym zajęciem koncertowe darcie mordy. Odgłosy diabelskie z siebie wydaje, kręcąc się na wszystkie strony świata, zwłaszcza tuż nad ranem, kiedy zaprzyjaźnianie się z poduszką najlepiej człowiekowi wychodzi. Wniosek? W najbliższych dniach trzeba delikwenta w przyrodę wywieźć. Rzecz jasna w asyście osoby piszącej.

Poza tym, w reszcie życiowych przypadłości górki i doliny. Bo jak to śpiewa Staszewski ,,by czuć upadek z wysoka spaść trzeba, być na dnie by móc sięgnąć nieba..." Pożyjemy- zobaczymy.

I tym jakże wątpliwej jakości akcentem zakończywszy wpis, udam się na zasłużony odpoczynek, ponieważ praca od 3.30 zdrowiu psychicznemu oraz urodzie mojej wątpliwej dobrze nie robi.

Więc... Dobranoc. A może dzień dobry?

08:09, annamariawozniak
Link Komentarze (9) »
czwartek, 26 kwietnia 2012
Sciąganie uroków poproszę!

Ziele czarciego żebra czyli ostrożenia potrzebne od zaraz! Natychmiast! Jakby ktoś miał namiary na odczynianie uroków albo egzorcystę, to też poproszę!

Zaczęło się niewinnie. Wczoraj rano odkryłam, że mam słabą baterię w przedpotopowej komórce. Wpadłam więc na pomysł, że wezmę ładowarkę do pracy i podkarmię ustrojstwo klinicznym prądem. O 5.00 zaczęłam poszukiwania. O 5.50 wychodziłam z domu, bez ładowarki w torbie. Jakby diabeł ogonem nakrył! A patrzyłam wszędzie, łącznie z miejscami bez sensu np. lodówka (kiedyś tam wsadziłam fajki). W końcu wyżebrałam od anestezjologów ,,taką starą, do Nokii, z szerokim bolcem" i nakarmiłam baterię.

Potem plan operacyjny. Zdziwiłam się bardzo, kiedy na moje pytanie ,,czy jestem na sali 1? przecież grzeczna byłam! i dlaczego na 7.00?" usłyszałam, że faktycznie, plan wcześnie startuje ale na 4 sali jestem rozpisana. Więc dłubałam z zespołami do zniesienia raczej, a na pozostałych salach cuda- wianki się działy. A to specjalistów od flaków wzywano, a to jakże przystojnych urologów ( ,,cud, miód, orzeszki!"). Jeden z zabiegów zaczął się koło 10.00 i skończyć się nie mógł, bo pacjentka bardzo obciążona, po przejściach i co chwilę jakieś ,,kwiatki" wyskakiwały. Skończyło się na tym, że po południu, zmieniłam przy stole koleżankę, bo do domu już szła. Więc jakoś od 14.10 do 17.40 tkwiłam przy stole prowadząc nierówną walkę z naczyniowcami. Że nie wspomnę o deja vu z niedzielnej nocy. Masakra jakaś! Koniec końców krwawienie udało się zaopatrzyć, a pacjentkę wysłać do zaprzyjaźnionego naczyniowo szpitala akademickiego, po uprzednim zaklepaniu dla niej miejsca na IOM-ie. Po odejściu od stołu miałam takie zakwasy w łydkach, że ho,ho! Ale pognać na sufity musiałam. :/

Wieczorem zaś, niczym do cichego portu, wróciłam do domu. Weszłam do klatki, stanęłam przed windą, a tam... echo! Winda nie działa. Popsowała się. Więc z nóżki na nóżkę, powoli jak żółw ociężale, ruszyłam schodami na VII piętro własnego nieba. W okolicy piętra V rozglądałam się za butlą z tlenem, a po dotarciu przed własne drzwi podejrzewałam u siebie stan przedzawałowy.

Weszłam do środka i co? Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy była ładowarka do telefonu, leżąca jakby nigdy nic na stoliku koło wieży. No przecież sprawdzałam!

Fred mordę drze, że go odchudzać zaczęłam, kupując mu jedzonko, które niekoniecznie mu odpowiada. Od kiedy futrzak znielubił kuraka? Przestaję ogarniać gusta żywieniowe własnego futrzatego dziecka. MM twierdzi, że powinnam go przegłodzić, bo przestanie być taki wybredny. Może to jakiś pomysł jest, choć jak dla mnie bardzo drastyczny. Lubię rozpieszczać wrednego kota!!!

Muzycznie na dziś? Ostatnio dużo Bebe słucham :)

09:56, annamariawozniak
Link Komentarze (7) »
wtorek, 24 kwietnia 2012
Bezsensowny wpis.

Miałam wczoraj dokonać ponockowego wpisu ale rady nie dałam. Padłam w odmóżdżeniu wielkim, strasznym i bez sił zupełnie, żeby potem, otwierając oko przekonać się, że pół dnia przespałam jak zabita.

Bo nocka, choć z zespołem przyjemnym dla oka, ucha i uczuć wyższych okazała się nocą rodem z horrorów. Nie będę się wielce rozpisywać nad przebiegiem wszystkich podjętych akcji, bo to bez sensu. Jednak najgorszemu wrogowi nie życzę takiej nocy. Uwierzcie na słowo- było strasznie.

I żeby nie było, nie padłam od razu po pracy, bo z drżeniem serca czekałam na telefon od Gęsi, która ma w zwyczaju dręczyć personel zdychajacy, szukając tanich sensacji oraz mikro- błędy wytykając. Jednak chyba ogrom wydarzeń ją przerósł i dała mi spokój.

Jako że wiosna w pełni, kwieciem pachnie i drzewa pylą, rozpoczęłam sezon na katar sienny. O poranku kicham, prycham i z nosa mi cieknie. Wczoraj więc, wracając z pracy, w autobusie, dawałam koncert niczym Słoń Beniamin z pewnej bajki. A za mną siedziała para zgryźliwych staruszków. I kiedy kolejny raz sięgnęłam po chusteczkę, usłyszałam za plecami konspiracyjny szept starszej pani: ,,o patrz! przeziębiła się!" po czym kontynuowała kontemplowanie widoków za oknem, komentując korki, roboty drogowe i całą resztę. Tuż przed wyjściem z autobusu znów zakichałam sobie siarczyście, i usłyszałam, jak owa staruszka instruuje męża, żeby pod żadnym pozorem nie dotykał przy wychodzeniu tych samych poręczy, których dotykałam ja! Bo jeszcze zachoruje! Pozostawiłam to bez komentarza, chociaż słowa nieparlamentarne cisnęły mi się na usta.

Wieczorem zaś spotkałam się z dziewczynami dyżurkowymi na mieście. Jakoś coraz mniej nas się spotyka. Chociaż gadamy tak samo, a tematy nadal podobne :) Dowiedziałam się przy okazji, że moja książka z serii ,,Millenium" pojechała z jednym mężem do Afganistanu, więc dostanę nówkę sztukę nie używaną, albo za oryginałem moim, z moim imieniem i nazwiskiem odzyskam za rok. Bo mam zwyczaj podpisywania książek, żeby do mnie wracały. Z różnym skutkiem.

A dziś mam problem, bo wcięło mi PIT-y, co to mi koleżanka od rozliczania przysłała. Więc kombinuję nad ich odzyskaniem. Jeśli sama nie dam rady, to MM jako genialny informatyk mój własny będzie musiał pomóc. Co zaś się tyczy Freda, bo nie było o nim ani słowa- cóż... obraził się na mnie, że z odkurzaczem od rana biegałam, więc zadkiem się wypiął i śpi na fotelu. Jak zawsze.

Ruszam do PIT- owej walki.

09:57, annamariawozniak
Link Komentarze (5) »
piątek, 20 kwietnia 2012
Trudno.

Piątkowe poranki potrafią zaskakiwać pogodą. Jeszcze wczoraj w okna zaglądało słońce, a dziś mgła i jakaś smutna szarość zapanowała. W radio zapowiadają długi, deszczowy weekend.

Obudził mnie Fred, wydając z siebie pomruki, piski i dźwięki bliżej nie określone. Udawałam, że go nie słyszę, nie widzę i ogólnie, na NIE jestem. Odpuścił? Wcale! Wtarabanił swoje 6 kg ciało do łóżka i dalejże deptać, ugniatać, wydzierać się na pancię! Ogłosiłam kapitulację.

W sumie dobrze zrobiłam wstając, bo dzisiaj z Braciakami się spotykam. W kwestii leczniczej. Więc trzeba urodę, wątpliwej jakości, poprawić, kołtun głowowy okiełznać i lekkiego pucu nabrać. Aż się cieszę, że przyjeżdżają! Stęskniłam się za nimi, chętnie sobie pogadam z Braciakiem i będę się zastanawiać nad pokrętnością życia.

Kwestia MM. Cóż... Nie miała singielka kłopotu, to się sparowała. No i oprócz rzeczy miłych, przyjemnych, prócz wydarzeń w stylu ,,poznaj moich rodziców" i ,,Mamo, Tato to jest...", trzeba przeżyć te, kiedy z szaf potwory wychodzą. I zaczynam się zastanawiać, czy ja św. Jerzy jestem? A może bliżej mi do Don Kichota walczącego z wiatrakami? Heh... Docieranie się nie jest najprzyjemniejszą z rzeczy. Dałam sobie szansę. Dałam MM szansę. A jeśli nie... trudno. Na razie pożyjemy, poczekamy- zobaczymy. 

Dzwoniła do mnie moja biedronkowa Oddziałowa. Szuka chętnych na dyżur w przyszłą środę. Kasa jest mi potrzebna ale niestety, musiałam odmówić. Mam dniówkę w jednostce macierzystej. Trudno. Przy okazji podpytałam ją o szansę na obiecany start w maju. Okazuje się, że pojawiła się oferta na ortopedie. Dokładnie na 8 endoprotez biodra. Nic więcej. A złożono 6 propozycji z placówek medycznych zajmujących się takimi operacjami. Więc wszystko w rękach losu i decydentów NFZ- tu. Do maja już nie daleko, dzisiaj mają podać wyniki. Się zobaczy.

Koleżanka A., która w łaskawości swojej rozlicza mnie PIT- owo, przysłała mi wiadomość, że będę miała 31 zł. zwrotu ze Skarbówki! Chyba się usamodzielnię!

No dobra. Lecę się ubierać, bo inaczej w dresach na miasto pojadę!

Muzycznie na dziś? Np. tak:

07:42, annamariawozniak
Link Komentarze (5) »
niedziela, 15 kwietnia 2012
Chce ktoś Złego Kota?

Oddam Złego Kota w dobre ręce! Z naciskiem na szynko- wyżeranie i kawo- chlupanie.

Oddam Kota ponieważ... Wróciłam ponockowo do domu. Nie padając na twarz, losu nie przeklinając, albowiem nocka nad wyraz spokojna. Z gatunku takich, co to raz na pół roku się trafiają i człowiek przeszczęśliwy i wypoczęty z dyżuru schodzi.

W domu wstawiłam wodę na kawę, odpaliłam laptopa, postawiłam kubek ( pojemność 0,5 l) na podłodze i zasiadłam do przeglądania wiadomości. Fred w tym czasie biegał z nakrętką, bo zwierz uznaje zabawki dziwne. Pacnął nakrętkę łapą, wziął rozbieg i... wyrżnął z impetem w kubek. Cała kawa na podłodze. Drapak pływa, kosz z zabawkami tonie, a pudełko z klamerkami kompletnie zalane. Akcja ratunkowa przebiegła w miarę sprawnie, pod zawstydzonym kocim spojrzeniem i wyrazem ,,to nie ja!" na kociej mordce. I nową kawę musiałam zaparzyć.

Wcześniej za to, MM wpadł na pomysł, że zrobimy pizzę. Znaczy się on robi- ja się przyglądam i wzdycham do jego obycia kuchennego. Kiedy ciasto rosło, a składniki zostały pokrojone, w tym szynka, a my zasiedliśmy przed laptopem, bo trzeba było antywirusa wgrać. Znów miałam za zadanie wzdychać do umiejętności MM względem umiejętności informatycznych. Nagle, z kuchni dobiegło znajome mlaskanie! Zerknęłam w głąb, a tam futrzak rozgościwszy się na blacie, konsumpcję szynkową prowadził! Nim raczył zareagować na krzyki i wrzaski zdołał wchłonąć prawie pół przewidzianej porcji!

Teraz udaje, że ten wpis go nie dotyczy! Bestia futrzata!

MM niedawno, spoglądając mi przez ramię, gdy na blogu buszowałam stwierdził, że chyba pierwsza część tytułu już nieaktualna jest. Cóż... Faceci przychodzą, są i odchodzą, a Fred i blog trwają. Więc jakoś nie pałam ochotą na zmianę. Poza tym przyzwyczaiłam się. Więc nie będę nic przeredagowywać.

Niedzielny poranek... Miło tak siedzieć, kawę pić i nic nie musieć... Leniwa taka niedziela :)

Muzycznie będzie tak, dzięki podpowiedzi Konkurencji, bo teledysk mi się podoba, a i kawałek dla ucha przyjemny :)

08:49, annamariawozniak
Link Komentarze (13) »
czwartek, 12 kwietnia 2012
Wpis o głupocie, gangrionach i już po świętach.

Święta były i się zmyły. Bo co dobre, szybko się kończy. A że u mnie szybciej niż u reszty społeczeństwa to trudno. W Lany Poniedziałek polewano mnie wodą ze strzykawki 60 ml w żargonie medyczynym zwanej pieszczotliwie żanetą, nie eksploatowano zbytnio na sufitach i z Królową mogłyśmy w spokoju zawiązywać świąteczne sadełko.

U Rodzicieli było bardzo miło i przyjemnie. Wszyscy przeżyli, a ja zamiast siedzieć przy świątecznym stole i objadać się do bólu brzucha, kilometrówkę wyrabiałam łażąc po polach i bezdrożach, bo trzeba było ratować Gościa przed rodzicielskimi opowieściami dziwnej treści. Ale było i się zmyło. Jestem już w mieście.

Wczoraj, ponockowo, zagościłam na chwilę w Biedronce. Znów termin 18.go kwietnia się pojawił, jako otwarcie dodatkowych ofert ortopedycznych. Ponoć w maju będziemy pracować chociaż w ilości mniejszej niż by szefostwo chciało. Poczekamy- zobaczymy, bo już parę 16-tych czy 18-tych było i nic z tego nie wynikło.

Dodatkowo, dałam się pomacać po nadgarstku Ortopedzie, bo mi dziwna bula wyskoczyła i domowo, miałam problem z pokrojeniem szczypiorku. Kazał kciukiem poruszać, pocisnął, wymacał i orzekł, że gargulec... tfu! gangrion mi wylazł i że trzeba będzie go wyłuszczyć w odpowiednim czasie. A sądziłam, że wystarczy odciągnąć to co jest wewnątrz i po kłopocie! A tu L4 chyba się szykuje! Cóż... Gęś umrze z zachwytu :D Nie ukrywajmy, ręce są moim podstawowym narzędziem pracy, więc muszę dbać o ich sprawność. O wyglądzie nie wspomnę, bo tradycyjnie, środki dezynfekcyjne sprawiają, że mam krokodylą skórę, a żaden lakier na paznokciach nie przetrwa chirurgicznego mycia.

Umówiłam się z moją koleżanką, że mnie PIT-owo rozliczy. Czas najwyższy ku temu. Podczas rozmowy telefonicznej wyszło na to, że Izby Pielęgniarskie nie przysłały mi PIT-u za zwrot części kosztów studiów. Zadzwoniłam więc do nich, żeby przypomnieć swoją osobę, wyłuszczyć problem i nie oszukiwać Urzędu Skarbowego. Rozmawiałam z miłym panem, któremu musiałam dyktować NIP, adres, imię i nazwisko- ,,bo pań tu jest wiele z takim imieniem i nazwiskiem", jakbym nie wiedziała! I od słowa do słowa wyszło, że PIT-u nie przyślą, bo dałam przysłowiowej D... podając błędny numer konta. ,,Bo pani nie chciała tych pieniędzy!". No chyba pomroczność jasna wszystkich ogarnęła! Nr konta, był kontem kredytu hipotecznego, a mojej korekty jakoś nikt nie uwzględnił, a może ja jej nie złożyłam? Czy wiedziałam, że pieniądze nie przeszły? Nie. W tym samym czasie otrzymałam przelew z Biedronki i wzięłam te pieniądze jako zwrot z Izb. Głupia jestem i tyle. Ale rozliczać się z tego nie muszę.

Dobra- życie wzywa.

Muzycznie nie będzie nic, bo jakoś ostatnio nic mi na uszach nie gra. Muszę poszukać natchnienia. :)

08:11, annamariawozniak
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55
O autorze