wiadomości z placu boju
RSS
niedziela, 29 stycznia 2012
Niedzielne pierdółki.

Leniwy, mroźny, niedzielny poranek. Wschodzące słońce na pomarańczowo oświetla sąsiednie bloki sprawiając, że wyglądają jakby stały w płomieniach.

W czwartek, po dokonaniu wpisu, naszła mnie jakaś melancholia, rozległy smutek dziwnego pochodzenia. W efekcie zamieniłam się w fontannę łez. Beczałam bez powodu przez pół dnia, nie mogąc opanować owego łzo- trysku. Spokojność duszy i kanalików łzowych uzyskałam dopiero pod wieczór, spożywając 2 (słownie dwie) tabliczki czekolady. Endorfiny... I mój gigantyczny zadek! W ponurym nastroju wlazłam do łóżka, a w piątek po przebudzeniu obiecałam sobie, że koniec z mazgajstwem, stop dla demonów w szafie! Zwarta i gotowa do walki jestem!

Wczoraj dniówkowo źle nie było. Z J. ,,świeżynką" nić porozumienia mamy lekką- ona singielka ja stara panna, więc remontowo w opowieściach, kuchennie i kulinarnie trochę było. Znów za dużo gadałam przy zabiegu- zespół operujący złośliwy w sposób jaki lubię, więc popłynęłam. I na nic obietnice, że będę trzymała język na wodzy. Wyszło na to, że z dochtórką- operatórką złośliwe i złe kobiety jesteśmy. No nie ma to jak solidarność jajników :)

Wieczorem zaś ukulturalniałam się wielce. Teatr i jedno z pierwszych przedstawień ,,Popera". Podobno owego czasu w Krakowie przedstawienie odniosło spektakularny sukces. Zobaczymy, jak będzie u nas. Sztuka zabawna, chwilami gorzka, o relacjach międzyludzkich i... morderstwie na dodatek.

Koło mnie siedział pan dyrektor teatru jednego z ościennych miast z małżonką, nade mną podobnie. Ogólnie kompanijka zgranych kotów. Przed spektaklem wymieniali uściski z ,,krewnymi i znajomymi królika" oraz opinie o tym, kto przytył, która ze znajomych zbyt często sięga do kieliszka i z kim mieli ostatnio ostrą wymianę poglądów. I niech mi ktoś jeszcze powie, że to kobiety są większymi plotkarami! Małżonki obu panów siedziały cichutko, z wyglądem harpiowatym, zaś panowie w wieku sugerującym, że to kolejne ich ,,zdobycze" życiowe są. Stroje dowolne. Poczynając od pewnego widza w dżinsowym ,,garniturku", poprzez młodzieńca w bluzie z kapturem, wytworne koktajlowe, koronkowe sukienki pań, do mojego czerwonego sweterka włącznie. Szał ciał i uprzęży! 

Po przedstawieniu, na chwilę wpadliśmy do przytulnej kawiarni na herbatkę i debatkę, po czym w iście królewskim stylu zostałam odwieziona przez Dominikę do domu, bo ,,co będziesz w to zimnisko na przystanku wystawać. Jestem samochodem." W efekcie tej podwózki przyniosłam do domu torbę kociego żwirku. Bo Dominika zmienia żwirek na innej firmy. A Fredowi obojętnie co w kuwecie ma, byle by czysto było.

Rodzi się plan wizyty turystyczno- zapoznawczej z kulisami jednostki macierzystej M. 

Muzycznie? Nadal Iron Maiden. Bo jakoś tak kojąco działa na mnie ostatnimi czasy.

08:58, annamariawozniak
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 stycznia 2012
Plotki i pogłoski :)

Mrozikowo :) Ponoć z Rosji wyż nadciąga, chłody wielkie ze sobą niesie i szczypać w nosy będzie. Dobrze, że mam ciepłą tubkę naszyjną i miłą czapkę- uszankę, wojskową, z demobilu, a jak się przypatrzeć, to ślad po orzełku bez korony można dostrzec. Ale mrozy oznaczają również fakt, że chyba będę musiała w końcu kaloryfery odkręcić. No... zobaczymy.

Dzisiejszy wpis ponockowy, luźny bardzo, bo jednorazową galopadą na sufity zmęczyć się nie można, aczkolwiek wyrzut adrenaliny... Heh... zdecydowanie wolę nie eksploatować własnych nadnerczy w taki sposób. A sufity przeżywały oblężenie, ponieważ jeden z największych szpitali miał wczoraj przerwę w dostawie prądu. I odsyłali pacjentów gdzie się dało. Wielki moloch a generatora nie mają? Dziwaczne, ale nie wnikam.

Ja zaś miałam niezapowiedzianą przerwę w dostawie wody. Z prysznica dosłownie wytrzepywałam resztki kropel, żeby głowę spłukać z piany, bo inaczej z drucianymi włosami albo kołtunem na łbie bym do pracy maszerowała. A tak tylko o suchym pysku pół dnia siedziałam. Nie lubię takiego zaskoczenia.

Plotki, pogłoski, pomówienia... :)

Koleżanki dyżurkowe donoszą, że mamy z Królową ,,uważać" na Tatę Muminka, bo ostatnio w dobrej komitywie z Gęsią jest i często rozmawiają na osobności. Hmmm... Przekazuje jej luźne uwagi wygłaszane nieopatrznie pod jej adresem? Wolę nie sprawdzać.

Vice-oddziałowa biedronkowa, moja koleżanka A. w ciąży. Już bardziej zaawansowanej. I chwała Bogu, bo kolejna porażka jakoś nie mieściła mi się w głowie. Limit nieszczęść wykorzystała. Teraz będzie chuchać i dmuchać na Fasolę, a my trzymać kciuki za pozytywny finał akcji.

Pewien dochtór, od ładnych pośladków, nową dziewczynę ma. Nadmorska dentystka. Też po przejściach, jak on, w głąb kraju jeździ ludziom zęby leczyć. Oby nie wpadł na pomysł i kolejnej laski przed urzędnika nie ciągnął. Bo wystarczy niezdrowych ekscytacji jego prywatnym życiem.

Wśród znajomych lekarzy będzie ślub! Podobnoż w połowie sierpnia, w wypasionym hotelu, on czarniawy, z inteligentnymi oczami przysłoniętymi zabójczą firanką rzęs, ona słodka blondynka o dziecięcym głosie... Sympatyczni oboje :) Ciekawe czy zawiadomienie dostaniemy?

I tajne/ poufne. Poziom bHCG u jednej z moich koleżanek świadczy o wczesnej ciąży! Etap bruzdkowania chyba ma już za sobą, ale na razie cicho- sza. Cieszę się jej radością i większość wczorajszej nocy piszczałyśmy jak nastolatki :) 

Zaś koleżanka dyżurkowa, co to raz odeszła do innej pracy i wróciła, znów odchodzi! Kobieta- bumerang? Miła, sympatyczna, ale leń patentowany. Zastanawiam się, jak da sobie radę, bo wiem, że różową wizją przyszłości ją uraczono. A rzeczywistość z lekka inaczej wygląda. Skąd to wiem? Pracuję z dziewczynami stamtąd. I ten wakat, teoretycznie, czekał na mnie. Jak widać, moje wrodzone lenistwo i niechęć do zmian przeważyło.

Fredowi lepiej. Pawi nie stwierdziłam.

Muzycznie nie będzie nic, bo ACTA podpisane.  

08:41, annamariawozniak
Link Komentarze (5) »
środa, 25 stycznia 2012
Wpis w środku tygodnia.

Za oknami... mrozik.  Całkiem przyjemna odmiana po deszczowych tygodniach, po przedwiosennej bezśnieżności i szarudze. Teraz nawet na trawnikach poleguje coś, co bardzo duży optymista mógłby nazwać śniegiem!

Wczoraj nadszedł sms od mojej biedronkowej oddziałowej. Treść? ,,Moje drogie Panie. Kontrakt na pewno będzie tylko pytanie kiedy? Poczyniamy kroki aby jak najszybciej i mamy nadzieję, że w lutym dlatego oczekuję na grafik i trzymajcie kciuki. Pozdrawiam." Czyli początek lutego też palcem na wodzie zdaje się być pisany. Szlag niech to trafi! Rozmemłanie moje jest przyjemne do pewnego czasu, a oszczędności owego czasu poczynione ( na rzecz planowanego remontu) zdają się topnieć w oczach, niczym tegoroczne opady śniegu. 

Dniówka w jednostce macierzystej. Najpierw pół dnia na sali laparoskopowej, otumaniana dwutlenkiem węgla, pouczana przez Bestię, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Popołudniową porą przeżyłam zaś galopadę po sufitach. Bo cięli wszystko co się rusza! Żeby zdążyć przed 20.00. O tej porze bowiem miał zostać zakręcony główny, szpitalny zawór z wodą. Bo główną rurę mieli wymieniać. Przerwa w dostawie wody miała trwać od 20.00 do 3.00. Ciekawe czy wytrzymali. Tak czy inaczej wróciłam bez sił do domu. I padłam. Po prostu.

Nie miała baba kłopotu, ściągnęła wuja na operację. Teraz mam gorącą linię z kuzynką własną i biegam na odwiedziny. Poszłam raz. Trafiłam na moment zakładania sondy dożołądkowej. Wuja zdążył zadzwonić do córki, a ta do mnie, po co to? dlaczego? i kiedy wyciągnięta zostanie? Następnego dnia... kolejny telefon, że mają go ponownie otwierać. Biegiem do szpitala, bo dzień wcześniej był w niezłej kondycji, a tu znowu na stół? Leczenie przez wietrzenie czy jak? Okazało się, że panika kuzynki była przedwczesna, bo chodzi o to, że po usunięciu monstrualnej wielkości śledziony, jelita mają o wiele więcej miejsca i muszą się na nowo ułożyć. A że żyją niejako własnym życiem, to przypadkiem, korzystając z tej powiększonej przestrzeni, mogą chcieć się zapętlić i spowodować niedrożność. W takim przypadku trzeba będzie wuja otwierać ponownie i posprzątać bałagan we flakach. I tłumacz to babo kuzynce, która z natury własnej hipochondryczką jest i wszędzie chorobę i tragedie widzi.

Dostałam od M. zaproszenie na premierę teatralną. W sobotę. Moje pytanie dotyczyło jedynie stroju, w jakim mam się pojawić, albowiem elegancko lepiejszych butów nadal nie zlokalizowałam. Oraz informację pt. ,,kupiłem nowe spodnie. Nie sztruksy." :) Taki nasz dowcip.

Fred znów rzyga. Hmmm... Kłaki, kłaki... wszędzie kłaki! 

Dobra. Kolejna kawa i leniwa, przednockowa egzystencja. 

Muzyki nie będzie bo jeszcze szpiegować mnie zaczną.

09:09, annamariawozniak
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 stycznia 2012
Bestia towarzyska.

Niedzielny, szary, deszczowy poranek. Kawa w wielkim, żółtym kubku, gruchanie gołębi tłukących się o chlebowe skórki, szum kałużowych ulic... Cisza przed burzą.

Dziś jest ostatni dzień ostatniego zjazdu na studiach. A potem tylko papiery złożyć, pracę (w końcu!) napisać i mam wszystko z głowy. Nie będzie więcej pogaduszek z dziewczynami, szeptów za plecami, głupich min na wykładach, kombinacji, że może uda się załatwić ,,łagodny wymiar kary" na teście i innych studenckich machlojek. Paru osób pewnie nigdy więcej nie zobaczę. A szkoda.

Bo lubię ludzi.

Przez to moje ludziolubienie ostatnimi czasy awansowałam na osobę pożądaną towarzysko. A to sąsiad z bloków chciał mnie zaprosić na zamknięty konkurs palenia fajki, a to kumpel M.- Wuja Kisiel dzwoni z informacją o imprezie u swojego kuzyna, za 2 tyg. i odmowy nie przyjmuje do wiadomości (M. na wieść o dniówce następnego dnia skwitował ,,posiedzimy do 23.00 i do domu"). A to znajomy, który jest DJ- jem pisze, że może bym kiedyś chciała posłuchać jak gra na żywo...

Są przyjaciółki, koleżanki i znajome, które wyciągają do kina, na zakupy, na żarcie, na ploty- po prostu, żeby pobyć razem, pośmiać się i pogadać. Zapowiadają się z wizytą w szarym mieście, albo zapraszają do swoich domów, dzielą się zdjęciami dorastających dzieci, opowieściami dziwnej treści, wykładają na tacę swoje radości i smuteczki...

M. oburza się, że dostał pojedyncze zaproszenie na letni ślub do Irlandii i jego koleżanka Dagmara też, mimo, że jest zaręczona, a przecież z kim on tam będzie się bawił? Bo to takie oczywiste, że ,,miałaś lecieć ze mną".

Rodzą się pomysły na wspólne spędzanie wolnego czasu: termy? Sudety w majowy weekend? kino? tematyczne gotowanie? (osobiście mogę próbować, nie gotować), ciepłe kraje ciepłym latem? Podróż kamperem na Bałkany?

Heh... Przyjemnie mieć nieskonkretyzowane plany towarzyskie :)

Wczoraj kolejny raz obudziła się we mnie słowiańska dusza :) W związku z tym piosenka rosyjska na uszach zagościła. Takie pitu- pitu zupełnie nie pasujące do mnie, ale za to jaki wykonawca! No ,,lodzio- miodzio panowie! lodzio- miodzio" :)

 

08:39, annamariawozniak
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 stycznia 2012
Bezgłowy jeździec.

Fred podstępnie wygonił mnie z łóżka. Opatulona ciepłą kołderką zostałam dosłownie stratowana kocimi łapami, udeptana parokrotnie, podszczypnięta w ramię i podgryziona w palec. Bo jak to może być? On już wstał, nudzi się, a otwieracz do puszek jeszcze w betach leży? Wstawaj babo!

Nocą napadało śniegu. Tylko po to, żeby nad ranem zaczął topnieć i utrudniać człowiekowi żywot. Zapowiadają 4 stopnie w plusie. Ja się pytam: gdzie jest śnieg?!

Tkwię w jakimś kokonie własnego szaleństwa. Popadam w obłęd?

Noszę wszystkie klucze na jednym breloku. To bardziej wygodna opcja, kiedy często zmienia się torby, kurtki i ma się dwa miejsca zarobkowania. Nigdy nie miotam się, czy przełożyłam je do właściwej przegródki, są ciężkie, więc wystarczy torbą potrząsnąć, żeby usłyszeć jak brzęczą, a jeśli ich zapominam- to wszystkich.

Wczoraj zeszłam z nocki. Przebrałam się w ,,cywilne" ciuchy i  poszłam na przystanek. Wsiadłam do autobusu i ruszyłam w kierunku domu. W połowie drogi dopadła mnie panika! Gdzie są klucze?! Przemacałam kieszenie kurtki- nie ma. Potrząsnęłam parę razy torbą- nie brzęczy. Gorąc mnie oblał i zaczęłam wypakowywać wnętrzności na siedzenie obok. Ludzie w autobusie mieli ze mnie niezły ubaw. Wyciągnęłam : 2 jogurty, jabłko, parasol, kremy do rąk, portfel, kalendarz, parfuma, baterie AAA+- sztuk 3, chusteczki higieniczne oraz całe mnóstwo innych klamotów. Kluczy brak. Upchałam wszystko ponownie do środka. Znów zaczęłam macać się po kieszeniach. Chusteczki, mp3, śminka (;]), zużyta bateria... Kieszenie w spodniach. Chusteczka zużyta i... klucze! Ulżyło mi, bo już chciałam się przesiadać i wracać do pracy.

Poszłam do sklepu uzupełnić zapasy kocich puszek, żywności ipłynów, bo po nockach zawsze mam syndrom dnia poprzedniego, czyli pseudo- kaca. 

Po południu umówiłam się z M. do kina, bo ,,tanie środy w Orange" są, a on ma firmówkę w owej sieci. Seans na 16.40, a moja chora punktualność powoduje, że zawsze jestem grubo przed czasem. Nie przepadam za łażeniem po sklepach z ciuchami, ale Empik to moja miłość! Korzystając z zapasu czasowego zaszyłam się we wnętrznościach księgarni i dalejże buszować po półkach! Utonęłam w zapachu świeżego druku, świecących nowością okładek i miliardach słów. W końcu, wybrałam jedną z książek, którą zapragnęłam zabrać ze sobą do domu. Ruszyłam do kasy. Ręka sięga po portfel i... Cholera jasna!!! Przebłysk świadomości!!!

Został w domu, w kuchni, na półce z herbatami!!! 

Mało, że jechałam na gapę (dobrze, że o tym nie wiedziałam), książki nie kupiłam, to mam u M. dług: bo i bilet do kina, i Czarna Fortuna po seansie, i oczywiście- bilet powrotny do domu. Weszłam do kuchni i co? Oczywiście- portfel leżał tam, gdzie myślałam, że go położyłam wypakowując poranne zakupy.

Mam poważne obawy, że w niedługim czasie zostanę jeźdźcem bez głowy!

 

A na co poszliśmy do kina? A na to. Zaskakująca ścieżka dźwiękowa. Nie widziałam szwedzkiej produkcji, więc nie mam porównania, która wersja lepszą jest. Mi się podobało. Heh... wyglądać jak Salander...

08:31, annamariawozniak
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 stycznia 2012
Złe rzeczy przytrafiają się miłym ludziom.

Uwierzy ktoś, że spadł śnieg? Co prawda w ilości mało powalającej, mrozik leciutki, prawie żaden, no ale zawsze coś! W końcu chociaż przez chwilę można poudawać, że zima jest. Jednak bałwana nie odważę się lepić :) I ciekawe co liniejący Fred na takie dictum? Zafascynowany, obserwuje bielejący świat, z wysokości parapetu VII nieba.

Zastanawiam się czasami, dlaczego tak się dzieje, że dobrym ludziom przytrafiają się złe rzeczy. Ostatnio bardzo dużo takich historii krąży gdzieś obok mnie, dotyczy moich znajomych, będących częścią mojego świata.

Mam taką koleżankę w pracy. W sumie mogłaby być moją mamą, gdyby nie to, że Mamitę własną kocham nad życie. Koleżanka owa ma serce na dłoni, każdemu pomoże, sprawy nie do załatwienia próbuje ułatwić, na rzęsach stanie, ale sprawi, że choć przez chwilę życie staje się łatwiejsze i bardziej do wytrzymania.

Koleżankę moją- panią E. okradziono. W bardzo perfidny, przebiegły i podstępny sposób.

Pani E. remontowała mieszkanie. Dlatego, najcenniejsze precjoza, nie rzadko niosące w sobie ładunek emocjonalny, kasę oraz waluty obce, będące zabezpieczeniem na tzw. Czarną Godzinę, oddała na przechowanie swojej sąsiadce- staruszce. I w ubiegłym tygodniu, kiedy wróciła z dodatkowej pracy, znalazła w drzwiach karteczkę zostawioną przez ową sąsiadkę, że została okradziona. Pani E., bo sąsiadce nic nie zginęło. Pobiegła do niej, żeby sprawdzić do się stało, i okazało się, że mieszkanie nie naruszone, nie splądrowane, a z przechowywanych cenności pani E. zginęły wybrane, najcenniejsze rzeczy, np. zegarek po Ojcu. Staruszka tłumaczyła, że podobno przyszła do niej rano jakaś kobieta, która chciała zostawić pani E. pożyczone pieniądze. I że nie ma jej w domu, więc chciała zostawić u sąsiadki kartkę z informacją. Staruszka wyszła do kuchni po kartkę i długopis, a kiedy wróciła, nie było ani kobiety ani wybranych ,,skarbów" pani. E.

Starsza sąsiadka skomentowała ów fakt słowami, że pewnie musiała się w pracy chwalić tym co ma i u kogo zostawiła. A u nas nikt nie miał zielonego pojęcia ani o tym, że pani E. ma takie zabezpieczenie finansowe, ani o tym, że oddała je staruszce na przechowanie! Sprawa została oddana na policję.

Mam takiego znajomego- M. (zbieżność M. przypadkowa). Fantastyczny człowiek, serdeczny, pomocny, społecznik, ostatnią koszulę odda, żeby pomóc potrzebującym, chociaż sam krezusem nie jest. 

Opowiadał mi niedawno o tym, że organizują teraz koncerty dla kolegi. Bo kolega, z Mazur, miał w czerwcu ubiegłego roku wypadek samochodowy. I w śpiączce leży. A NFZ za 2 tyg. kończy finansowanie jego leczenia. Zaś żona nie może go do domu zabrać, bo jego stan wymaga profesjonalnej opieki medycznej, a oni w głuszy mieszkają. No i mały synek jest. I M. pyta się mnie, jak to jest możliwe, że nie chcą go dalej leczyć, skoro on słyszy, nawet się uśmiecha? Tylko obudzić się nie chce. A ja nie potrafię udzielić mu sensownej odpowiedzi.

Może uda im się zebrać choć jakąś część pieniędzy na dalsze leczenie. Trzymam kciuki i pewnie sama przyłączę się do akcji.

To tylko historie z ostatniego czasu. I można by je mnożyć. 

Więc dlaczego tak się dzieje, że złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom?

A ja tu siedzę i się przejmuję bajzlem w mieszkaniu, linieniem Freda, głupim egzaminem z ochrony zdrowia albo faktem, że jedynym sposobem na przetrwanie dnia na sali endoskopowej jest robienie z siebie koncertowej idiotki. Bo tylko to daje gwarancję przeżycia wśród ,,rekinów" laparoskopii.

Heh... głupia jestem i tyle.

09:09, annamariawozniak
Link Komentarze (4) »
sobota, 14 stycznia 2012
Chomiczy marazm.

Wiodę sobie żywot człowieka poczciwego. Rano, startując leniwie z cieplutkiego barłogu wypijam 2 kawy, obserwuję różowe, tłuste chmury oraz przyglądam się porannym rundom psich spacerków.

Marazm jakiś mnie dopadł. Sprzątam minimalnie, żeby brudem kompletnie nie zarosnąć, piorę, żeby z gołym zadkiem nie biegać, godzinami oglądam odmóżdżające programy tv i nic więcej. Jakby ktoś powietrze ze mnie spuścił. Okazuje się, że potrzebuję życia pod grafik, spraw załatwianych na ostatnią minutę i stresu! Wtedy jestem wydolna, zorganizowana, poukładana i taka akurat. 

Biedronka ma ruszyć albo po 16-tym, albo po 23-im, albo od lutego. To zawieszenie w czaso- przestrzeni z lekka mnie dobijać zaczyna. Bo nie wiem, czy coś planować, umawiać się, wyjeżdżać czy nie. Cóż... I tak nie pozostaje nic innego niż czekanie.

Kliniczna nocka za mną. Zgarnęłyśmy z Królową 6 zabiegów. Gdybym miała takie szczęście w Lotto jak w pracy, to pewnie rżnęłabym robotę w trzy diabły i umarła z nudów w domu. Od momentu wejścia na oddział o 18.30 do 21.00 stałyśmy na salach. Nasza prośba o chwilę przerwy, żeby się napić i skorzystać z toalety spotkała się z wielkim zdziwieniem Stacyjnej i Nadzorującego. Że niby jak? Przecież ,,kolejeczka" czeka, pacjentki cierpiące od wielu godzin, no i najlepsze: ,,przecież paniom też powinno zależeć na tym, żeby jak najszybciej skończyć!". Jakby szaleju się najedli! Ciekawe co robili do wieczora? Bo ze wszystkich znaków na niebie, ziemi i książce operacyjnej wychodzi, że nic. No żeby ich pokręciło! Na szczęście 1 Dyżurny okazał się ludzkim człowiekiem i wspomógł nas colą zakupioną w Żabce. Litościwy człowiek! Inaczej byśmy z oczami na zapałki i o suchym pysku w klimatyzowanych pomieszczeniach zdychały. Koniec ,,zabawy"ogłosiłyśmy koło 1.00.

Podczytaczka Anna przysłała mi esemesa, że pielęgniarstwo jest takim pięknym zawodem (Anno- nie jestem pielęgniarką), bo te fartuchy, rozpiski leków... eh... Miałam siłę na odpowiedź zwrotną z użyciem słów nieparlamentarnych. Oraz parę wiadomości, że może bawię się na mieście, to ktoś by przyszedł albo ja mam przyjść... Heh... Szczęśliwi ludzie posiadający wolne weekendy!

Z Fredem toczymy batalię o kłaki. Ja go czeszę, a właściwie próbuję, on się stawia. Najpierw były karczmienne awantury, teraz jakby lepiej, bo jak M. mówi: ,,spokojnie, nie agresywnie". Skutek jest taki, że czasami mogłabym z wyczesanego futra uskładać takiego młodocianego Freda, a czasem... dobra- większych obrażeń nie odniosłam :)

Dostałam od M. zaproszenie na dzisiejszą imprezę. Nie chce mi się iść. Bardzo mi się nie chce. Pomyślę nad sensownym wykrętem, chyba, że mi się odmieni. A jutro kultura przez duże K, czyli wyprawa do teatru.

Więc jakoś się toczy to małe chomicze kółeczko.

Muzycznie...Nie, nie będzie Gotye :) albowiem bojkot ogłosiłam, a poza tym zupełnie inne klimaty mam na uszach. Czyli...

 

08:54, annamariawozniak
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 stycznia 2012
Dzień dobry czy dobranoc?

Ciemno. Szaro. Ponuro. Deszcz co prawda przestał padać na chwilę, za to wieje, jakby miało komuś łeb urwać. Przedwiośnie w styczniu czy też może liściopad powrócił? Wszyscy wygłupieni zaokienną aurą. Fred futrzeje, ja bez życia w sobie... Ocieplenie klimatu, jak widać, ma wpływ nie tylko na spadek populacji pingwinów na Antarktydzie.

Wiodę sobie spokojny żywot.

Biedronkowo wystąpiły pewne zawirowania z kontraktem NFZ, i plotka głosi, że wystartujemy z pracą dopiero od lutego. Mam dużo wolnego czasu i... przeraźliwie się nudzę! Nie sądziłam, że kiedyś takie wyznanie poczynię! :) Nie nawykłam bowiem do takiego odpoczynku, dni wloką się nieubłaganie, nie robię nic konkretnego i każdego wieczora denerwuję się tym, że czas przecieka mi przez palce. Kolejnym minusem jawi się okrojony budżet, bo druga pensja piechotą nie chodzi. Trzeba będzie pasa zacisnąć, żeby na życie starczyło. Już zaczynam wdrażać plan oszczędności na fredowych puszkach. Nie ma, że ,,kotu nie smakuje? wymienimy!", a jest ,,nie zjadłeś? trudno- kiedyś zgłodniejesz". Co do mnie, problemów nie ma, bo wiem co jem. Ale zastopować książkowo i muzycznie będzie trzeba.

Klinicznie... Ponockowo... Dokonałam odkrycia stulecia! Święta się skończyły! I nie zmienia tego fakt dzisiejszych Trzech Króli. Idziemy w masówkę, pracujemy w ,,fabryce". Porodówka przeżywa oblężenie rodzących, my zaś na nocach, zbieramy pokłosie owego wysypu dzieciowego. I nie tylko. Dzisiaj przeżyłam, z niejakim trudem, 5 cięć. Zespół chociaż operatywnie sprawny, organizacyjnie -niewydolny. Bujałyśmy się z nimi do 3.00 nad ranem, zaś koleżanki sufitowe skutecznie uprzykrzały i utrudniały harmonogram zajęć. Dodatkowo upiorność pracy pogłębiała nie działająca klimatyzacja. Na salach miałyśmy 27 stopni, duchotę straszną, a w płaszczach operacyjnych czułyśmy się jak w saunie. Próby zmiany temperatury spełzły na niczym, mimo niekończącej się ilości rozmów telefonicznych z Panem Elektrykiem. Za każdym razem słyszałam, że ,,kochanieńka! no przecież staram się, ale chyba nic się nie da z tym zrobić!" albo ,,proszę pani- u mnie wskaźnik temperatury pokazuje 21 stopni!" Absurd jak z barejowskiego ,,Misia".

Dzisiaj z M. wybieramy się do Królowej na scrable. Już widzę, jak nam pójdzie układanie wyrazów, skoro mam problemy z okiełzaniem własnego jestestwa. Nic to. Na razie plan jest taki, że pomiziam się z Fredem, przytulę się do poduszki i spróbuję odespać choć trochę niespokojną noc.

A zatem... Dobranoc. A może jednak dzień dobry?

08:09, annamariawozniak
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Sentymentalnie.

Nocną porą sentymentalnie się zrobiło. Nie wiem czy to za sprawą kominka zapachowego, deszczu uderzającego o parapety, tych 7 stopni w plusie w ciągu dnia, czy też przez rozmowy na gg.

Jak wiadomo, moim najulubieńszym z ulubionych cytatem jest sapkowskie ,,coś się kończy, coś się zaczyna".

Najpierw gadałam z pewnym K. Coś było między nami letnią porą, kiedy to każda, nawet najmniejsza odrobina słońca sprawiała, że krew w żyłach szybciej zaczynała krążyć. Wyrywaliśmy fragmenty dni, chcąc spędzić je tylko ze sobą, bez całego świata poza nami. Zepsuł mi trochę wakacje, bo cały czas żałowałam, że wyjechałam z M. a nie z nim. A potem przyszła jesień i zaczęłam ,,wymrażanie" znajomości. Zupełnie inne bajki i K.- ,,za bardzo..." Bardzo długo się nie widzieliśmy. Napisał do mnie z tekstem ,że znalazł sobie kogoś, że ona jest bardziej kompatybilna życiowo itp. I ,,zostańmy przyjaciółmi". Ulżyło mi :)  Zgadzam się na kumpelstwo, nie na przyjaźń.

Potem Dariusz. Mój odwieczny przyjaciel, z którym znam się od pieluch. Szczęśliwy mąż i ojciec dwójki rozrabiaków. Bywało, żebyliśmy nierozłączni, a teraz tylko przez gg. Jakoś tak od jego łysienia i zapuszczania brody na wspominki nas wzięło. I wyszło, żeśmy się w drodze rozminęli. Bo było dawno, dawno temu coś między nami, coś o czym myślałam w kategoriach bajki o żurawiu i czapli. On myślał o wiele poważniej. I przypomniał mi moment, kiedy jego bańka pękła. Była kiedyś między nami pewna rozmowa, gdy mu oznajmiłam, że mam za dużo do stracenia wracając na wieś, a on mi odrzekł, że nie wyobraża sobie wynajmować. I już nie było ani nas, ani potem.

I jakoś tak rzewnie mi się zrobiło, jakoś tak milej, że jednak o kimś myślałam w kategoriach ,,bardziej". W tej perspektywie bycie Królową 3 Miesięcy i popełnianie damsko- męskich głupstw za głupstwem jest mniej przerażające. Bo okazuje się, że jednak jakieś wyższe uczucia w sobie mam. Chociaż zakopałam je głęboko. Nastraja to jakimś małym optymizmem, że cyborgiem nie zostanę :)

Ciekawe kiedy będzie mi wstyd za ten wpis i kiedy go usunę. 

Muzycznie kłaniam się Bramie Portowemu :)

21:36, annamariawozniak
Link Komentarze (3) »
niedziela, 01 stycznia 2012
Nowe i nieznane :)

Krok za kroczkiem, krok po kroczku i jesteśmy w Nowym Roczku!

Poranny przymrozek i nocne ekscesy ograniczyły liczbę psich wyprowadzaczy do minimum. Czasem przez plac przemknie zakapturzona postać, jakby przepraszała, że burzy spokój noworocznego poranka.

Sylwester odbył się, w znanym i lubianym gronie. Piliśmy wódeczkę, tańczyliśmy w rytm znanych przebojów PRL-u, a kiedy sił na pląsy nie starczało, pijackimi głosami wtórowaliśmy wykonawcom. Były życzenia składane na żywo, były i telefoniczne, od Braciaków, przy czym najpierw padło stwierdzenie ,,jesteś na głośno mówiącym" i sympatyczne połajanki Braciakowej ,,ale wy się nie kłóćcie!" z odzewem: ,,nie kłócimy się, tylko życzenia sobie składamy!". Wróciłam do własnego łóżka o 3.00, pędząc zatłoczonym i pijackim autobusem przez miasto, które było w owym czasie ludzko, bardzo aktywne.

A o 8.30 Fredowi odechciało się czekać, aż pancia odeśpi szaleństwa sylwestrowej nocy. Wlazł do łóżka, ,,śpiewał", za włosy ciągnął, łaził po mnie i wąsami miział. Cóż... Futrzakowi niczego się nie odmawia, więc wstałam, żeby miskę napełnić. I teraz kawa, wątpliwej jakości urodę poprawiająca, zielona, maseczka na twarzy i leniwe myślenie.

Zaś wczoraj, klinicznie, stałam do cięcia dwojąt. Szczęśliwa mama powiła chłopca i dziewczynkę. Niestety, mój pomysł na imiona nie został przyjęty ze zrozumieniem. Wymyśliłam bowiem, że powinni mieć na imię Sylwester i Mieczysława, żeby zaakcentować przełom roku. Będą Mikołaj i Marysia. Heh... Takie fantastyczne pomysły mi się marnują :) 

No dobra... Koniec ględzenia!

Witamy w nowym, nieznanym, 2012 Roku!!! Oby to co najlepsze było ciągle przed nami!!!

10:08, annamariawozniak
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52
O autorze