wiadomości z placu boju
Blog > Komentarze do wpisu
Wpis w środku tygodnia.

Za oknami... mrozik.  Całkiem przyjemna odmiana po deszczowych tygodniach, po przedwiosennej bezśnieżności i szarudze. Teraz nawet na trawnikach poleguje coś, co bardzo duży optymista mógłby nazwać śniegiem!

Wczoraj nadszedł sms od mojej biedronkowej oddziałowej. Treść? ,,Moje drogie Panie. Kontrakt na pewno będzie tylko pytanie kiedy? Poczyniamy kroki aby jak najszybciej i mamy nadzieję, że w lutym dlatego oczekuję na grafik i trzymajcie kciuki. Pozdrawiam." Czyli początek lutego też palcem na wodzie zdaje się być pisany. Szlag niech to trafi! Rozmemłanie moje jest przyjemne do pewnego czasu, a oszczędności owego czasu poczynione ( na rzecz planowanego remontu) zdają się topnieć w oczach, niczym tegoroczne opady śniegu. 

Dniówka w jednostce macierzystej. Najpierw pół dnia na sali laparoskopowej, otumaniana dwutlenkiem węgla, pouczana przez Bestię, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Popołudniową porą przeżyłam zaś galopadę po sufitach. Bo cięli wszystko co się rusza! Żeby zdążyć przed 20.00. O tej porze bowiem miał zostać zakręcony główny, szpitalny zawór z wodą. Bo główną rurę mieli wymieniać. Przerwa w dostawie wody miała trwać od 20.00 do 3.00. Ciekawe czy wytrzymali. Tak czy inaczej wróciłam bez sił do domu. I padłam. Po prostu.

Nie miała baba kłopotu, ściągnęła wuja na operację. Teraz mam gorącą linię z kuzynką własną i biegam na odwiedziny. Poszłam raz. Trafiłam na moment zakładania sondy dożołądkowej. Wuja zdążył zadzwonić do córki, a ta do mnie, po co to? dlaczego? i kiedy wyciągnięta zostanie? Następnego dnia... kolejny telefon, że mają go ponownie otwierać. Biegiem do szpitala, bo dzień wcześniej był w niezłej kondycji, a tu znowu na stół? Leczenie przez wietrzenie czy jak? Okazało się, że panika kuzynki była przedwczesna, bo chodzi o to, że po usunięciu monstrualnej wielkości śledziony, jelita mają o wiele więcej miejsca i muszą się na nowo ułożyć. A że żyją niejako własnym życiem, to przypadkiem, korzystając z tej powiększonej przestrzeni, mogą chcieć się zapętlić i spowodować niedrożność. W takim przypadku trzeba będzie wuja otwierać ponownie i posprzątać bałagan we flakach. I tłumacz to babo kuzynce, która z natury własnej hipochondryczką jest i wszędzie chorobę i tragedie widzi.

Dostałam od M. zaproszenie na premierę teatralną. W sobotę. Moje pytanie dotyczyło jedynie stroju, w jakim mam się pojawić, albowiem elegancko lepiejszych butów nadal nie zlokalizowałam. Oraz informację pt. ,,kupiłem nowe spodnie. Nie sztruksy." :) Taki nasz dowcip.

Fred znów rzyga. Hmmm... Kłaki, kłaki... wszędzie kłaki! 

Dobra. Kolejna kawa i leniwa, przednockowa egzystencja. 

Muzyki nie będzie bo jeszcze szpiegować mnie zaczną.

środa, 25 stycznia 2012, annamariawozniak
Komentarze
Gość: Iwona K, 89-68-32-135.dynamic.chello.pl
2012/01/25 19:44:56
Czytam Twój blog od dawna Singielko. Z przyjemnością. Ogromną. A w domu zawsze mam dorodną zielistkę w doniczce, co znacznie umniejsza kłakowe problemy moich kotów. Wszystkich dwóch. :)

Pozdrawiam.
-
2012/01/26 08:05:28
Zielistka powiadasz? Hmmm... Będę musiała sprawdzić, chociaż moja ma się zupełnie nieźle, Fred kompletnie nią niezainteresowany. Trudno. Kupię kolejną pastę na kocie kłaczki w kocim brzuchu.